Żyję, nie umarłam.
Za mną już połowa sesji, zaliczona. Przede mną wizja powtórnej wolności. Ale nie. Bo nie mogę mieć za łatwo. Całe życie wszystko robię nie tak. Kiedy nie osiągam tego, co mama chce, jestem zła, głupia, niepoważna. Mam już prawie 21 lat, 2 lata po skończonej przymusowej edukacji. Myślałam, że to już się skończyło, ale jednak nie. Bo znowu "inni" są ważniejsi, bo znowu "oceny" są najważniejsze, a nie to, że ja jestem jej córką i powinna być dumna jak z nikogo innego na świecie, nie to, jak ja chce żyć, z kim chce żyć i nie ważne jest też to, że to moje decyzje i moje postępowanie. Całe życie, aż do śmierci, mam być pod presją, że coś źle robię? Że wszystkie moje decyzje są błędne? Że ja jestem ta beznadziejna, bo rzekomo "gorsza" od innych? Jakich innych?! Szczerze, mam już naprawdę dość. To mnie bardzo dotyka i za każdym razem jest mi strasznie przykro. Po tylu latach powinnam się właściwie uodpornić i zwyczajnie nie zwracać na to uwagi. Ale to cały czas ożywa na nowo, jest jak wciąż rozdrapywana rana.
Nie dociera do niej, że ja jestem zadowolona z siebie, że to mi wystarcza, że ważniejsze jest moje zdrowie psychiczne (albo i nie-zdrowie). Bo nie robię czegoś tak jak ona sobie ubzdura. Nie chce mi się już słuchać tych wiecznych jęków, wrzasków, pretensji. Mimo, że zdaje sobie sprawę, że to nie moja wina, to zawsze ja jestem nią obarczana. Nie chce mi się już.
"Rzygać się chce od tego."
"To rzygaj, rzygaj!"
Oh, gdybym tylko naprawdę mogła to wszystko wyrzygać. I odejść, nawet nie sprzątając.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz